Zaleta mięsa z dzika jest jeszcze nie doceniana na polskich stołach. Z tego powodu, ze nie jest to mięso hodowlane,a upolowane w polskich lasach – jest towarem z tzw. wyższej półki lub posiadania znajomości wśród myśliwych, którzy mają już przesyt i chętnie dzielą się w ramach innych usług -mięsem z dzika.

Dziczyzna jest wg dietetyków zdrowym mięsem, zawsze podkreślają, że jest nie hodowanym,a zatem z tej racji nie naszpikowanym żadnymi konserwantami czy antybiotykami. Oprócz tego wymienia się witaminy, które to mięso posiada: magnez, fosfor, wapno, wit. B2, B5, B6. A w przypadku diety bezglutenowej, gdzie stale trzeba uważać na to co się je, a tym samym dostarczać organizmowi paliwo najlepszej jakości -mięso z dzika – chociaż od święta rozwiązuje problem.

Kiełbasa z dzika ma swoją cenę – od 30-50 zł za kilogram, oprócz wszystkich witamin i minerałów – nie zawiera glutenu. A przy spożyciu zwraca się uwagę na jej wysuszenie i kruchość jednocześnie. smażona w towarzystwie cebuli,ma podana na talerzu z chrzanem dopełnia się wówczas uczta dla podniebienia i oczu. Wspomnienia pozostają utęsknione, a radość dla żołądka bezcenna – gdyż mięso to zawiera decydowanie mniejszą ilość tłuszczu ogólnego. Oprócz tego w dziczyźnie znajdziemy zdecydowanie więcej aminokwasów egzogennych, których nasz organizm nie potrafi sam wytworzyć.

Wielkanocne wariacje kulinarne mogą być szalenie męczące, a przygotowania do świątecznego koszyczka i stołu sprawiają oprócz frajdy i pochlebstw także olbrzymią odpowiedzialność za brak glutenu w żurku, wędlinach i sałatkach. Wielkanoc kojarzy mi się z początkiem, wiosna i porządkiem, ale gdy praca, dzieci i pasje zabierają czas -to niewiele mi pozostaje na wymyślanie potraw wielkanocnych bezglutenowych. w tym roku wzięłam sobie do serca dobra organizacja i postawiłam na tradycję. A wszystko zaczęło się od wiejskich małych jajek, które zainspirowały mnie w kuchni. Pomyślałam sobie, że jeśli skupie się na kilku potrawach, to powinnam wyrobić czasowo, nawet jak mnie książki wciągną w swój świat.

Żurek zaczęłam na tydzień przed Wielką Sobotą – zrobiłam zakwas w litrowym słoju, a dodałam do niego wodę (miała być przegotowana), ale dałam przefiltrowaną, 5 czubatych łyżek mąki ryżowej (zmielonej przez urządzenie koleżanki), 5 ząbków czosnku pokrojonych drobniutko, 5 ziarenek angielskich oraz liście laurowe, chyba tez dałam 3 sztuki. I taki zakwas zamknęłam pieluszką i docisnęłam gumka recepturką. Wystarczy jak postoi 5 dni,a le wolałam mieć naprawdę mocny zakwas. Co wieczór należy go mieszać drewniana łyżką w tym słoju, ale jak nie miałam pod ręką to mieszałam zwykłą.

Teraz w między czasie dzieci posiały z tatusiem rzeżuchę, aby dekoracja stołu wielkanocnego była zielona. Ja zajęłam się marynowaniem karczku, aby w sobotę po prostu nie wychodzić z kuchni, aż do wieczora. Marynuję bez dodatku soli peklowej, bo uważam, że tam to dopiero znajduje się bomba chemiczna. Zalewam woda, dodaję normalną sól, czosnek, ziele angielskie i liścia laurowe. W tym towarzystwie karczek ma spędzić więcej, niż 48 godzin. Potem go czeka siatka wraz z majerankiem i pieprzem kolorowym, piekarnik i 180 stopni przez 2 godziny.

Jest sobota, a ja szykuje wielkanocny koszyczek pełen obfitości. Dzieci kręcą się w poszukiwaniu słodkości, więc nie mam sumienia jak babeczka nie mieści się w koszyku, to daję ją do zjedzenia. Idziemy do kościoła, aby poświecić pokarmy, dzieci mają przynajmniej możliwość załapania świeżego powietrza i pobiegania w drodze z i do kościoła. Potem ich rodzice będą zajęci, ogromnie. Głowa rodziny trze chrzan przez 2 godziny i płacze. Na początku jeszcze do mnie mówił, że za mało korzeni kupiłam, ale ja uważałam, że dwa w zupełności wystarczą. W tym czasie ja gotowałam wywar z mięsa i warzyw do galaretki, a wywar zostawię sobie jako bazę do żurku. Małe wiejskie jajeczka ułożyłam pokrojone w salaterkach, na to dałam drobno pokrojone mięso kurczaka, marchewkę i pietruszkę bez groszku, bo był sprzeciw w naszym niedemokratycznym głosowaniu. Następnie zalałam to wywarem z rosołu i żelatyną, aby stężała, po ostygnięciu dałam do lodówki.

Ok, to teraz tytułowy żurek – no nie przecedziłam do przez sito, ale nawet nie wiem czy tak było w przepisie tylko dodałam do wywaru i zagotowałam. Jajka gotowałam osobno, tak jak ziemniaki w mundurkach i białą kiełbasę. Całość dodałam bez jajek pokrojone odpowiednio – kiełbasę w talarki, a ziemniaki w kostkę. Żurkowa drużyna była już razem zagotowana i czekała na Wielką Niedzielę. Och, bym zapomniała, spróbowałam zupy i okazało się, że za mało soli, pieprzu, chili i majeranku. Jak to już było to mi smakowało. Potem niech to się przegryzie i będzie idealnie.

Aby dobić się tego dnia upiekłam jeszcze bezglutenowy biszkopt z jabłkami i ciasteczka kokosanki. Ale i tak pojechaliśmy na święta do rodzinnego domu. Tym razem była przygotowana z bezglutenowymi przekąskami i daniami.